1938, 7 sierpnia, pierwsze wejście południową ścianą na Mały Kołowy Szczyt z udziałem Rudolfa Damec, mojego Dziadka

z Brak komentarzy

Zamieszczone poniżej wspomnienia, mój Dziadek, Rudolf Damec (1909-1969), spisał w kwietniu 1969 roku płynąc w swoją podróż statkami towarowymi po Afryce. Spisał je na prośbę Bolesława Chwaścińskiego przygotowującego książkę o dziejach taternictwa.

Zdjęcia, które dodałam do artykułu pochodzą z lat 1934 – 1939, z okresu kiedy Rudolf wspinał się po Tatrach, o tym napiszę jeszcze w innym wpisie. Zdjęcia wywołałam ze starych klisz Dziadka, oznaczyłam na nich przewodników tatrzańskich, których rozpoznałam. Myślę, że jest na nich również Wacław Konarzewski, ale niestety nie dysponuję jego innymi zdjęciami, aby to potwierdzić.


Tatry. Lata 30-te XX w. Pierwszy od lewej stoi mój dziadek Rudolf Damec, trzeci od lewej – Andrzej Marusarz. Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem lub najbliższa okolica.

Góry były i będą zawsze moją największą pasją życiową, ale nawet mi się nie śniło, że będę uczestnikiem jakiegoś wejścia, które przejdzie do historii taternictwa. Mam to do zawdzięczenia właściwie nie tyle Staszkowi Motyce, co jego największemu przyjacielowi jak i rywalowi, Jasiowi Sawickiemu. A było to tak:

7.VIII.1938 ze schroniska „Kamzik” wyszliśmy we czwórkę (Staszek Motyka, Andrzej  Marusarz, Wacek Konarzewski i niżej podpisany (Rudolf Damec)) z zamiarem przejścia do schroniska przy Zielonym Stawie Kieżmarskim. Szliśmy szlakiem turystycznym przez Skalne Jezioro i Przełęcz Rakuską. Kiedy po drodze Staszek M. zobaczył Mały Kołowy, zatrzymał się i patrzał dłuższą chwilę. Przypominam sobie, że powiedział „Szklana Góra”. Nie przyznał się nam wtedy, że już kilkakrotnie próbował wejścia na Mały Kołowy południową ścianą, i że tam tkwi jego uszkodzony hak, po którym zjeżdżał pokonany na dół. Nigdy nie przypuszczał, że jutro dotychczas niepokonana ściana wreszcie „puści”. Ale to wcale nie było naszym zamiarem. O ile pamiętam Staszek chciał z nami zrobić Grań Wideł czy coś jeszcze lżejszego, gdyż nasza czwórka miała fatalny sprzęt (liny mocno zużyte, haków zaledwie kilka).

Po zejściu do schroniska przy Zielonym Stawie, zobaczyliśmy w rogu Sali pokaźną ilość zgromadzonego nowego sprzętu taternickiego. Było tam kilka nowych lin, w tym zjazdówki, znaczna ilość nowych haków i młotki. Staszek stanął nad tym jak wryty. Chwilę na to spoglądał, z progu nie ruszając się zaczął szukać właścicieli. Bez trudu ich odnalazł. Przewodził im Jasiu Sawicki siedzący na ławie i oparty o ścianę w pozie wygodnej t. j. jak to się mówi „rozwalonej” – nogi i ręce rozciągnięte na całą długość, koszula rozpięta aż do pępka odsłaniająca włochatą pierś! Patrzyli na siebie dłuższą chwilę bez słowa. Jasiu miał minę dosyć głupawą, uśmiechał się jakoś nieszczerze i robił wrażenie uczniaka złapanego na jakimś psim figlu. Pierwszy odezwał się Motyka – Jasiu ty na pewno idziesz jutro na Mały Kołowy. Sawicki zaprzeczył, że skąd, ani mu w głowie. Ale wyszło to jakoś nie bardzo przekonywująco. Wtedy Motyka jeszcze raz zwrócił się do niego, żeby nie grał wariata tylko przyznał się. Jasiu nadal twierdził, że nie. Dwóch towarzyszy Sawickiego siedziało w tym czasie bez ruchu i w rozmowie udziału nie brali. Po ich twarzach było wyraźnie widać, że Jasiu kłamie i że jutro robią Mały Kołowy (był to lekarz ze Lwowa i młody Słowak, których nazwisk już nie pamiętam). Nas troje przywitało się z Jasiem, gdyż znaliśmy się wszyscy. Pamiętam, że robiłem z nim północną ścianę Koziego Wierchu i chyba zachodnią ścianę Kościelca. Po zdjęciu plecaków (gdyż cała ta scena odbyła się tak jak weszliśmy) Motyka zabrał nas gdzieś na korytarz i zapytał wprost, czy w przypadku gdy jutro Sawicki wyruszy, zgadzamy się pójść z nim na niezdobytą dotychczas południową ścianę Małego Kołowego w przypadku jeżeli Jasiu Sawicki jutro tam z towarzyszami wyruszy. Naturalnie bez zastanowienia wyraziliśmy zgodę.

Tatry. Lata 30-te XX w. Drugi od prawej stoi mój dziadek Rudolf Damec, następnie Jan Sawicki i Stanisław Motyka. Widok z okolic Hali Gąsienicowej w kierunku Żółtej Turni i Czarnej doliny Gąsienicowej.

Po kolacji Staszek podzielił sprzęt, ustalił kolejność poruszania się w ścianie – Motyka, Marusarz, Konarzewski i ja. Kolejność miała swoje uzasadnienie, gdyż Andrzej był z nas najsilniejszy fizycznie i miał asekurować Staszka, który brał pod uwagę, że może polecieć. Mnie dał na czwartego, bo uważał, że jestem z tej czwórki najsprawniejszy. Naturalnie to miało być aktualne tylko w tym przypadku, gdy Sawicki rzeczywiście wyruszy na zdobycie tej ściany. Postanowiliśmy położyć się wcześnie spać, a wstać równocześnie z grupą Sawickiego i iść za nimi. Motyka jeszcze raz poszedł i rozmawiał z Jasiem chyba w cztery oczy, ale Sawicki dalej się nie przyznawał.

Staszek Motyka spał bardzo czujnie i jak tylko grupa Sawickiego wstała natychmiast zrobił nam pobudkę. Z wrażenia nie wiele jesteśmy zjeść na śniadanie. Spakowani czekamy na wyjście Jasia i towarzyszy, żeby podążyć za nimi. Wychodzą, my za nimi w trop. Dowcipkujemy, ale Jasiu zaciął się i nadal się nie przyznaje, że idą na Mały Kołowy. Dopiero niedaleko już wejścia w ścianę, Jasiu zatrzymał się i oświadczył, że idą na południową ścianę Małego Kołowego. Staszek odpowiedział krótko – my także. Pod ścianą nastrój był właściwie wesoły. Podczas wiązania się wszyscy się śmiali i dowcipkowali, ale w powietrzu unosiła się jakaś zawziętość, czy może nawet chęć wygrania za wszelką cenę. Dlatego odczuwałem, że coś się tu stanie, kogoś będzie zdejmować „pogotowie”. Zespoły nasze stanęły pod ścianą w odległości 30-40 m od siebie, życząc sobie sukcesu.

Wchodzimy w ścianę jednocześnie. W naszym zespole Staszek, u nich Sawicki szybko pokonuje pierwsze odcinki ściany. Po kilkunastu minutach nasze liny krzyżują się, my z prawej przechodzimy na lewą stronę, oni z lewej na prawą stronę ściany. Jeszcze raz życzymy sobie nawzajem sukcesów, nawet ściskamy sobie ręce. Jakoś to lepiej, może naturalniej wyszło jak tam pod ścianą. Po chwili znikamy sobie z oczu. Nasz zespół idzie zdecydowanie lewą stroną ściany, Jasiu z towarzyszami prawą. Po godzinie, a może po półtorej osiągamy to fatalne miejsce, z którego Staszek już trzy raz zjeżdżał na dół pokonany i gdzie tkwił jego stary i ukochany hak, który chciał mu Jasiu zabrać. Miejsce to bardzo eksponowane, bardzo niewygodne dla czterech. Widzę nad sobą Staszka ciężko pracującego. Nie jest w stanie dalej. Jest już bliski kapitulacji i poddania się. Twarz jego jest czerwona z wysiłku i emocji. Mówi sam do siebie coś, czego nie rozumiem. Czekam decyzji odwrotu. Jest straszna cisza, cisza którą ciężko znieść. Wtem słyszymy beztroski głos Jasia, który śpiewa na całe gardło jakąś sprośną piosenkę zdaje się o Kowalu na Rusi. To zmobilizowało Staszka do ostatecznego wysiłku. To co zdawało się niemożliwego do pokonania (przewieszka) puściło. Staszek się raptownie ożywił i sam zaczął nucić jakąś piosenkę. Kolejno pokonywaliśmy to co dotychczas wykonało się nie do pokonania. Po sforsowaniu tego fatalnego miejsca i wybiciu historycznego haka, który natychmiast Staszek zawiesił u pasa i dalej już się nie wspinał, odpoczęliśmy trochę przed dalszą drogą. Ekspozycja dalej wzrastała, ściana, która dzisiaj uważa się, że ma pełną skałę, wtedy wydawała się krucha, wszystkie większe pęknięcia i rysy pełne były piargu. Wystarczyło dotknąć i już leciała lawina skalna. Jedna zwłaszcza dała się nam we znaki. Byliśmy akurat prawie w jednej linii, kiedy słyszę głośny krzyk Staszak, że lecą kamienie. Przyciskamy się jak najbliżej ściany i czekamy aż się uspokoi. Niestety Wacek został zraniony odłamkiem w piętę, co mu trochę przeszkadzało w dalszej wspinaczce. Jasia i towarzyszy słychać już nie było. Ciągle nam się wydawało, że idzie im lepiej jak nam, ale na szczycie widać ich nie było.

Po 12 godzinach ciężkiej wspinaczki, tuż przed zachodem słońca osiągamy szczyt. Radość ogromna. Ściskamy się nawzajem i całujemy. Staszek wydaje z siebie jakiś nieludzki wrzask, my to natychmiast podchwytujemy i ryczymy tak kilka sekund. Przerywamy i patrzymy na siebie zawstydzeni, gdyż przecież w górze wrzeszczeć nie wolno. Ale jakoś trzeba było to straszne napięcie, jakie nam przez całą drogę towarzyszyło, rozładować. Spostrzegliśmy, że jesteśmy głodni, ale jedzenia było niewiele, gdyż plecaki zostały pod ścianą. Schodzimy grania i z przełączki widzimy Jasia i jego dwóch towarzyszy. Widzimy, że dalej nie są w stanie zrobić ani metra, gdyż ściana jest pionowa i gładka. Staszek woła do Jasia: Jasiu, poddaj się, spuścimy ci linę i wyciągniemy na grań. Ale Jasiu z oburzeniem odrzuca tą propozycję, oświadcza, że będą biwakowali a rano dokończą i będą mieli pierwsze przejście prawą stroną ściany. Staszek tłumaczy mu, że ściana ich dalej nie puści i że nie ma sensu dalej się upierać. Ponieważ zapada zmrok, my troje zbiegamy na dół, a Staszek zostaje na przełączce żeby ich pilnować, gdyż jest przekonany, że niedługo będą wzywać pomocy. I tak też się stało. Jeszcze przed północą Staszek przybiegł do schroniska, żeby zorganizować pomoc, która wyciągnęła ich na grań. Staszek mi opowiadał, że ten Słowak był wyciągany jak przysłowiowy worek mąki i nic nie reagował na zadrapania. Tak się skończył sławny nie zamierzony przez nikogo pojedynek dwóch asów taternickich.

Jaś Sawicki głęboko przeżył tą klęskę. Opowiadał mi Dr. Hajdukiewicz, że w latach wojny spotkał przypadkowo Sawickiego w Jugosławii. Po słowach powitania Sawicki zaraz zaczął opowiadać swoje przeżycia z Małego Kołowego, którego nie mógł zapomnieć i przypuszczam do dnia dzisiejszego nie zapomniał.


Na końcu listu Rudolf napisał parę zdań na temat znanych mu losów swoich górskich przyjaciół.

Jeżeli chodzi o mojego przyjaciela Wacka Konarzewskiego to niestety już nie żyje, zamordowany został w czasie Powstania Warszawskiego. Powstanie zastało go we własnym domu (Rakowiecka 1/3) na 4 piętrze. Przez okno wpadł pocisk i ciężko ranił go w ramię, potrzebna była natychmiastowa pomoc, ale lekarza nie było. Po paru dniach ręka nabrzmiała i powstało zakażenie. Był bardzo osłabiony przez wysoką gorączkę kiedy wpadli Niemcy wypędzili wszystkich mieszkańców i podpalili dom. Wtedy żona jego zdjęła z ręki złoty zegarek i poprosiła jednego z Niemców, żeby pomógł sprowadzić męża na dół. Niemiec się zgodził i sprowadził go na ulicę, ale został zabrany jako niezdolny do marszu i zamordowany, gdyż nikt więcej o nim nie słyszał. Andrzej Marusarz także już nie żyje, zmarł w Zakopanem. Staszek Motyka był u nas w Warszawie, spotykaliśmy się u Wacka Konarzewskiego na Rakowieckiej. Chodził na Węgry i z powrotem. Podczas kąpieli w Dunaju, w Budapeszcie, utonął (zdaje się na atak serca). W Warszawie była nawet msza żałobna za niego w jednym z kościołów.

Fragment szkicu listu Dziadka Rudolfa Damec do Bolesława Chwaścińskiego